Epoka psio-bieszczadzka

2002 rok to kolejny rok przełomowy w życiu Tomka. Dopiął swego. Pierwsze „własne" wyścigi psich zaprzęgów w sprincie Śladem Niedźwiedza w Przysłupiu. Niesamowity wysiłek, ale i ogromna satysfakcja. Spotkał tu ludzi, którzy pomogli, chcieli żeby się zadomowił ze swoimi wyścigami. Ale są też i tacy, którzy co roku na kilka dni rzucają swoje codzienne życie i przyjeżdżają żeby pomóc zapanować na chaosem, być przez chwilę częścią tej atmosfery.

Te pierwsze zawody w Przysłupiu przeszły już do legendy wśród maszerów. Kto był, do tej pory wspomina... Najtrudniejsze technicznie i fizycznie, nie tylko w Bieszczadach, ale też w całej Polsce. Zima była trochę kapryśna, w ostatniej chwili zmieniali linię startu, bo niżej nie było wystarczającej pokrywy śniegu. Poprowadzili trasę z Przysłupia tuż przy stokówce, na Małe i Duże Jasło. Przewyższenia ok. 500 m, do pokonania na odcinku 2 km (długość podbiegu). To było prawdziwe wyzwanie. Wszyscy ukończyli, choć łatwo nie było, nie pamiętali tak morderczego biegu. W kość dostali szczególnie maszerzy. Dużo odcinków, gdzie trzeba było zejść z sań, podbiegać, pomagać psom. Po pierwszym dniu, niektórzy mieli dość. Ale odpuścić? Nie. Następnego dnia na mecie stanęły wszystkie załogi.

Był to rok dla Tomka pamiętny również z innego powodu. Organizowanie wyścigów i czynny udział w zawodach to było zbyt duże obciążenie dla rodziny. Dwójka dzieci, dom. To trzeba było przede wszystkim chronić. Nigdy nie dopuścili do dylematu - powiększyć kenel, czy kupić zabawkę dla dziecka. Do tego obawa, że startowanie na własnych zawodach będzie źle odbierane. Podjął decyzję o zawieszeniu startów jako zawodnik.

Od 2002 roku, pod koniec stycznia lub na początku lutego Ci, którzy lubią wyzwania, chcą się sprawdzić, lubią technicznie i fizycznie wymagające trasy ciągną do Przysłupia na wyścigi psich zaprzęgów Śladem Niedźwiedzia. Do tego gwarancja śniegu, widoków zapierających dech w piersiach, świetnie przygotowanych tras i udziału wśród najlepszych. Wiele z załóg przyjeżdża co roku. Wiele doszło w trakcie. Tutaj mogą brać udział w wyścigach o randze Mistrzostw Polski, Pucharu Europy, Pucharu Świata. Były też załogi ze Słowacji i Czech.

W 2004 kolejny ważny rok. Jeden telefon Krzyśka Francuza, znowu przewrócił życie. Znali się już wcześniej. Szukając miejsca na swoje wyścigi trafili na Krzyśka. I tak już zostało. Od pierwszych zawodów. Pomógł swoją energią, znajomością Bieszczad, ludzi. Teraz znależli też swoje miejsce na życie. Propozycja przeniesienia się w Bieszczady z całą rodziną. Prowadzą Oberżę Biesisko. To tutaj w trakcie każdych zawodów od początku jest centrum dowodzenia, tutaj zbierają się wszyscy masterzy żeby odetchnąć przy piwie i kominku, wymienić wrażenia z dnia. Zresztą to miejsce znane jest nie tylko maszerom, ale wszystkim którzy poczuli magię Bieszczad. Robią zawody u siebie. Zdobyli renomę w całej Polsce, uznanie wśród mieszkańców.

grenlandy2_100A jak już się przenieśli, Tomek zaczął znowu marzyć o startach. Kupili dwa szczeniaki psów grenlandzkich - Borg i Koda. Po roku doszedł dorosły grenland, zaprawiony w sporcie - Fau. Reti i Koana przeszły na emeryturę. Jesień 2005 - treningi na nowych pasach i kłębiące się myśli. A może by tak wystartować? Zaprzęg chodzi coraz lepiej... Połączenie doświadczenia Faua z uporem i gorliwością Borga...

Wystartował. Styczeń 2006, 1 miejsce w klasie D2. Sam nie mógł w to uwierzyć. Olbrzymia satysfakcja. Start ten docenili też w Polskim Związku Sportu Psich Zaprzęgów. Dostał „dziką kartę" - przepustkę na Mistrzostwa Świata w Fraunewald, nie będąc w kadrze narodowej. Pojechał i znowu wygrał! Po 5 latach przerwy, na nowych psach. 1 miejsce w klasie D2. A było w jego klasie 14 załóg, z całego świata.

Sezon 2007 to kolejne marzenie. Chodziło to za nim od kilku lat. A gdyby tak do sprinta dorzucić średni dystans? Toż to przecież wymarzone miejsce, trasy i tak robią, trzeba tylko przedłużyć. A średnich dystansów w Polsce jak na lekarstwo. To będzie impreza Tomka i dwóch innych zapaleńców - Radka Ekwińskiego i Maćka Tomaszewskiego. Wyścig jednoetapowy, 96 km. Takiego jeszcze nie było. Dla wszystkich, których kręci i chcą się zmierzyć z nowym wyzwaniem. Bo regulamin zabrania pomocy z zewnątrz. Od startu będą zdani tylko na siebie, w tych wymagających warunkach naturalnego terenu, alaskańskiej pogodzie. Udało się. Byli chętni, była ekstremalna pogoda, był wyścig.

A co w następnych latach? Po prostu, kolejne swoje wyścigi, w Bieszczadach. Z przyjaciółmi i dla przyjaciół. No i może ... Puchar Bieszczad? Codziennie, przez 5 dni sprint, każdego dnia inna trasa. Olbrzymie wyzwanie organizacyjne...

A jako zawodnik... La Pirena, Iditaroad... zwykłe marzenia każdego maszera....

Ale przede wszystkim własny dom, rodzina, żyć w Bieszczadach. I robić to co lubi, tak jak dotychczas.

A miał być muzykiem...